Międzynarodowy Dzień Teatru

 

dscf1682_small.jpg dscf1683_small.jpg dscf1684_small.jpg dscf1685_small.jpg dscf1686_small.jpg dscf1687_small.jpg
dscf1688_small.jpg dscf1689_small.jpg dscf1690_small.jpg dscf1692_small.jpg dscf1693_small.jpg dscf1694_small.jpg
dscf1695_small.jpg dscf1697_small.jpg dscf1698_small.jpg dscf1699_small.jpg dscf1700_small.jpg dscf1701_small.jpg
dscf1702_small.jpg dscf1703_small.jpg dscf1704_small.jpg dscf1705_small.jpg dscf1709_small.jpg dscf1712_small.jpg

 

Evviva l'arte”


Wolny weekend, ale nie pójdziemy do teatru... Chodźmy do Galerii, Manufaktury, na Piotrkowską... Teatr jest drogi i tak wyniosły, nie dla każdego. Bzdura! Teatr jest świątynią oryginalności, azylem dla odmiennych. Już dawno biała „góra” i czarny „dół” nie stanowi o naszym poziomie kulturalnej wrażliwości. Magia teatru polega na tym, że każdy może przyjść tam i pokazać siebie, choć tak naprawdę to, jak wyglądamy nie ma znaczenia gdy gaśnie światło i podnosi się kurtyna. Chcąc pozostać obiektywną, muszę przyznać, że czasem mam ochotę się „wystroić” i nie zdarzyło się bym była jedyną elegantką, ale czasem kiedy przychodzę w dżinsach i swetrze, jakaś pani przechodzi obok i prawie powala mnie chmura zapachu jej perfum, oślepia blask diamentowych kolczyków i ogłusza stukot wysokich szpilek. Co zrobić? Nic. Po prostu uśmiecham się do myśli, że tak dużo mamy możliwości wyrażania siebie w takich miejscach i niecierpliwie czekam aż się zacznie:.

Bo gdy jest ktoś na scenie, to właściwie nie istnieje. Jest postać, nie on. Wszystkie wspomnienia i realia uciekają gdzieś, tam gdzie nie ma nic, bo i myśli wtedy nie ma. I słychać krzyk i łzy mimo śmiechu, i są rany, i szczęście gdy źle już z samym sobą. Czasami wszystko na przekór. Fascynujące!

Bo gdy ja, jako widz, usiądę by ujrzeć kolejną sztukę, każda następna staje się tą pierwszą. Konwencja sceniczna... jak sen... i budzę się z każdą sceną, momentem, budzę się... we śnie! I tak pewnie wiele nie zrozumiem, ale przecież „sztukę tworzymy sami naszą wyobraźnią”. Toczy się walka pomiędzy obrazem, i nie ma nic: ani serca złamanego, czy kłótni w domu, uśmiechu z przyjaciółmi, całonocnej zabawy, nie ma kaca, nic nie swędzi, nie drażni, nie powraca! Tak jest na scenie... Zupełne wyzerowanie: w ciemnym ubraniu, może niezbyt porządnym, zupełne wyzerowanie i tak najlepiej, to spełnia wszystkie oczekiwania, lepsze od jakichkolwiek psychologów, nic tak nie pomoże jak teatr...

Na scenie tak samo realnie wygląda szczęście, dokładnie trak samo się w nas budzi, tylko trwa krócej, ale intensywniej poprzez to. Bo jak jest szczęście to mi zależy, to płaczę, to uciekam, to idę na spacer i liście się zielenią, i jest ciepło, i słońce, i wiatr, i kropi, i mży, i nikt nie jest zły. Bo jak jest szczęście to zazwyczaj zostajemy sami, sami idziemy bo jesteśmy sami, bo ktoś jest, bo go nie ma... tyle emocji... tyle czynności jedynie w wyobraźni... nie warto?

Czasem jest przykro. Przykro mi, że jest mi przykro i wstydzę się... siebie... tego, że szczęście ucieka, że ktoś goni człowieka, wstydzę się, na pewno coś się zdarzyło, niech jednak pozostanie czymś – tak ładniej.

Choć teatr, nie jako budynek, lecz scena, a na niej aktor, przypomina życie realne... to ja zawsze pamiętam o tym, że często zdarza mi się iść tam po to, by zapomnieć. By w momencie, gdy zgaśnie światło poczuć się jednym z wielu nic nieznaczących w tym momencie ludzi... nie czuję się gorsza, bo znaczę tyle samo – równość.

Teatr...

 

Marysia Matałowska