|
Evviva l'arte”
Bo gdy jest ktoś na scenie, to właściwie nie istnieje. Jest postać, nie on. Wszystkie wspomnienia i realia uciekają gdzieś, tam gdzie nie ma nic, bo i myśli wtedy nie ma. I słychać krzyk i łzy mimo śmiechu, i są rany, i szczęście gdy źle już z samym sobą. Czasami wszystko na przekór. Fascynujące! Bo gdy ja, jako widz, usiądę by ujrzeć kolejną sztukę, każda następna staje się tą pierwszą. Konwencja sceniczna... jak sen... i budzę się z każdą sceną, momentem, budzę się... we śnie! I tak pewnie wiele nie zrozumiem, ale przecież „sztukę tworzymy sami naszą wyobraźnią”. Toczy się walka pomiędzy obrazem, i nie ma nic: ani serca złamanego, czy kłótni w domu, uśmiechu z przyjaciółmi, całonocnej zabawy, nie ma kaca, nic nie swędzi, nie drażni, nie powraca! Tak jest na scenie... Zupełne wyzerowanie: w ciemnym ubraniu, może niezbyt porządnym, zupełne wyzerowanie i tak najlepiej, to spełnia wszystkie oczekiwania, lepsze od jakichkolwiek psychologów, nic tak nie pomoże jak teatr... Na scenie tak samo realnie wygląda szczęście, dokładnie trak samo się w nas budzi, tylko trwa krócej, ale intensywniej poprzez to. Bo jak jest szczęście to mi zależy, to płaczę, to uciekam, to idę na spacer i liście się zielenią, i jest ciepło, i słońce, i wiatr, i kropi, i mży, i nikt nie jest zły. Bo jak jest szczęście to zazwyczaj zostajemy sami, sami idziemy bo jesteśmy sami, bo ktoś jest, bo go nie ma... tyle emocji... tyle czynności jedynie w wyobraźni... nie warto? Czasem jest przykro. Przykro mi, że jest mi przykro i wstydzę się... siebie... tego, że szczęście ucieka, że ktoś goni człowieka, wstydzę się, na pewno coś się zdarzyło, niech jednak pozostanie czymś – tak ładniej. Choć teatr, nie jako budynek, lecz scena, a na niej aktor, przypomina życie realne... to ja zawsze pamiętam o tym, że często zdarza mi się iść tam po to, by zapomnieć. By w momencie, gdy zgaśnie światło poczuć się jednym z wielu nic nieznaczących w tym momencie ludzi... nie czuję się gorsza, bo znaczę tyle samo – równość. Teatr...
Marysia
Matałowska |